Oficjalne ogłoszenie składu Williamsa i potwierdzenie zatrudnienia Bruno Senny spowodowało tak odmienne reakcje, jak tylko możemy to sobie wyobrazić. Trójka niedoświadczonych kierowców: Bruno, Pastor i Valtteri przy nowym podejściu do samochodu i nowym silniku dla wielu wydaje się być zapowiedzią katastrofy. Ale czy na pewno?
Może mam złe podejście, bo po gorszych latach w wykonaniu ekipy Franka Williamsa zacząłem jej trochę kibicować. Może to kwestia znalezienia czegoś po Scuderii Minardi? Best of the rest? Wszak to jeden z najbardziej utytułowanych zespołów, który przez kilka bolesnych błędów, popełnionych głupot oraz (IMO) wątpliwy urok Sama Michaela stoczył się z czołówki do otchłani nicości.
W 2011 sięgnięto dna, zaliczając najgorszy sezon w historii zespołu. Okręt zaczął tonąć i to całkiem konkretnie. Gdyby nie obecna punktacja, ekipa osiągnęła by nic, bo czym jest dziewiąta pozycja Rubensa Barrichello w dwóch wyścigach i dziesiąta Maldonado w jednym? W latach pre-2003 nikt by na to nie zwrócił uwagi!* Widniałoby wielkie zero, a Williams nie odróżniałaby się niczym od kilku rywali walczących o przetrwanie.
Na szczęście ktoś wreszcie poszedł po rozum do głowy i zaczął przeprowadzać restrukturyzację. Sam Michael wyleciał (oficjalnie sam złożył rezygnację), przyszedł Mike Coughlan, a potem Mark Gillan, który miał ocenić, w jak tragicznej sytuacji znajduje się ekipa. Okazało się, że popełniano masę małych błędów (duże oczywiście też), które w dużej mierze rzutowały na wyniki. Coś wreszcie zaczęło się dziać, zmieniać, wreszcie podpisano kontrakt z porządnym dostawcą silników.
Patrząc na historię ekipy, Williams miał zwykle trochę szczęścia do producentów silników, no i małego pecha, gdy przychodziło do rozstania się. Honda w latach 80-tych, potem pilne łatanie samochodu silnikiem Judd. Potem 9-letnia współpraca z Renault, 5 tytułów mistrzowskich i wycofanie się producenta w 1997 roku. Znów dwa lata z jednostką tymczasową (Mecachrome, czyli niby ‘ten sam’ silnik) i współpraca z BMW. Walka o tytuły (przegrana) i nagłe rozstanie (tu wkracza Cosworth).
Sezon 2006 wydawał się być najgorszym w historii. Współpraca z Cosworthem nie wyszła ekipie na dobre i na kolejne lata podpisano umowę z Toyotą. To, że pakiet obejmował gwarancję startów Kazuki Nakajimy pokazuje, jak bardzo w Grove czekano na nowy silnik. Niestety japoński producent skupiał się głównie na swoim zespole fabrycznym, by ostatecznie wycofać się tak jak zawsze – nagłe i niespodziewane.
Na 2010 rok Williams wybrał Coswortha i wydawało się, że to mimo wszystko nie był zły ruch. Przyszła poprawa formy, kierowcy sobie radzili, wpadano na dobre pomysły, jak choćby mała skrzynia biegów. Potem jednak przyszedł sezon 2011, w którym pozostawiono starzejącego się Rubensa Barrichello, a zamiast utalentowanego Nico Hulkenberga zaczął jeździć Pastor Maldonado. Nastąpiła jednak era dalszego rozkwitu dmuchanych dyfuzorów i zespół poświęcił się opanowaniu technologii, która nie miała prawa działać poprawnie z ich jednostkami napędowymi.
Teraz Williams skorzysta z ‘mistrzowskich’ silników Renault, które może nie są najlepsze, ale ocenia się je dużo lepiej, niż Coswortha. Umowa została podpisana co prawda na dwa lata, ale miejmy nadzieję, że pod względem napędu zespół czeka okres pozytywnej stabilizacji (umowa ma opcję dalszej współpracy od 2014 roku).
Tym samym wracamy do głównego tematu. Nowe jednostki napędowe, duże zmiany w podejściu do samochodu i pracy ludzi w Grove musi przynieść efekty. Mark Gillan zapewnił podczas wczorajszej telekonferencji, że zmieniono podejście do R&D (badania i rozwój) oraz raportowania błędów. To dalsze prace mające poprawić przepływ informacji pomiędzy różnymi departamentami w Williamsie. Można powiedzieć – wreszcie!

Tak, mozna mieć za złe Sir Frankowi, że pozwolił sobie na zatrudnienie dwóch płacących kierowców. Ale z drugiej strony – co ma do stracenia? Pastor Maldonado zaliczył całkiem udany debiut w Formule 1, niejednokrotnie pokonując doświadczonego Rubensa Barrichello. Bruno Senna podobno wniósł masę pieniędzy, ale z drugiej strony obie strony zapewniały, że Brazylijczyk został przetestowany na dziesiątą stronę i ma duży potencjał.
Kiedyś stwierdziłem, że Bruno to połączenie zaangażowania się brazylijskich sponsorów i nieźle zapowiadającego się kierowcy, który przychodzi z Renault, wiedzący już co to jazda bolidem F1. To ryzyko, ale jak widać Williams wreszcie nie bał się go podjąć. Mamy gościa, który może okazać się objawieniem, gdy wreszcie dostanie samochód, który jeździ, a sam nie będzie traktowany jak piąte koło u wozu. No i ma magnetyczne nazwisko.
Skoro zdecydowali się zrezygnować z Rubensa Barrichello mieli ku temu powody. Może pomimo doświadczenia – albo właśnie przez nie – patrzył trochę inaczej na niektóre sprawy? Jasne, gość ścigał się od 1993 roku, ma ogrom doświadczenia, ale to nie wszystko. No i otwarcie krytykował zespół, a takich rzeczy się nie wybacza. Już dawno uważałem, że widać coraz mniej sensu dalszego trzymania się jego osoby i zdania nie zmieniam.
Zresztą zastanówmy się – kogo niby mieli wybrać? Sutila? Buemiego? Petrova? Oni wszyscy mieli czas się pokazać. Sutil co prawda ma za sobą najlepszy sezon w swoim wykonaniu, ale grozi mu wizyta w więzieniu, co raczej nie wpływa pozytywnie na relacje ze sponsorami. Poza tym jakby się nie udało z Senną, w odwodzie jest obiecujący Bottas, który ma zaliczyć 15 piątków w tym roku, co dość wyraźnie sugeruje jego zaangażowanie na sezon 2013.
Jasne, są głosy, że dość niedoświadczeni i płacący za siebie kierowcy nie wpłyną dobrze na zespół i Williams stoczy się bardziej. Chciałbym jednak przytoczyć przykład Red Bulla, w którym skupiono się najpierw na samochodzie. W pierwszej fazie powrotu do formy moim osobistym zdaniem duże znaczenie będzie miał właśnie samochód, a nie uszczelka łącząca fotel kierowcy z kierownicą. Jeśli ta uszczelka okaże się właściwa – super, jak nie – wymieni się na inną, sprawniejszą.
Oczywiście, Michael Schumacher w latach 90-tych zdziałał cuda w Ferrari, pomagając znacząco w poprawie formy ekipy, ale pamiętajmy, że pojawili się tam też panowie Brawn, Byrne i masa innych pracujących nad autem. No i Ferrari nie było tak daleko w tyle, w porównaniu do obecnej formy Williamsa. Zresztą kto stawiał na Buttona przed zdobyciem przez niego mistrzostwa? Tak, wiem że Fernando Alonso potrafił się pokazać w Minardi w 2001 roku, co pomogło utwierdzić Flavio Briatore w przekonaniu, że dokonał właściwego wyboru i ma materiał na mistrza. Ale tu nie chodzi o pokazanie się kierowcy, a o stałą poprawę formy ekipy.
„Oczywiście to stwarza dodatkową presję, ale dla mnie to szansa” – powiedział Gillan o kierowcach ekipy. „Mamy trzech stosunkowo niedoświadczonych kierowców, ale to trójka ze wspaniałym potencjałem i tylko od nas jako zespołu zależy efektywne wykorzystanie tego potencjału w czasie sezonu i maksymalizacja osiągów.”
Ja też wierzę w tą szansę i mam nadzieję, że Williams efektywnie wykorzysta ten rok.

* Do 2003 punktowało 6 kierowców, w latach 2003-2009 – 8, obecnie – 10.
